piątek, 17 grudnia 2010

Śnieg śniegowi nierówny

Będe marudzić.
Wracałam wczoraj z Brukseli, samolot miał nieobliczalne opóźnienie, trzy godziny staliśmy (a raczej siedzieliśmy) na płycie lotniska. Wielce niekomfortowa sytuacja w szóstym miesiącu ciąży. Do tego przed odlotem zakupiłam byłam serek dla Chrabąszcza serek woniał. Woniał mimo opakowania, hermetycznej torby, oraz jescze mojej torby w której go zamknęłam, jak wydawało mi się szczelnie.

Zasmrodziłam pół samolotu.

Fama protestował, a potem położył się na lewej nerce. Mojej. Do dzisiaj ją czuję. Już nie wiem, co gorsze, skoki na pęcherzu, czy drzemka na nerce.

Jak doleciałam o pierwszej w nocy, to okazało się, że Chrbąszcz się do mnie nie odzywa, a szefowa zrobiła mi awanturę telefonicznie, że narażam ją na takie stresy. Ja ją narażam???? Nie było wywierać na mnie presji mentalnej, to bym nie poleciała. Tak, wiem, jestem dorosła i (podono) poczytalna, sama decyduje o tym, co mogę , a czego nie.

Oczywiście, wszyscy pretensje mają do mnie, zamiast się cieszyć, ze wróciłam cało i zdrowo. Że w ogóle wróciła. Do tego z pysznym śmierdzącym serkiem. (smierdzi dalej, mimo opakowania, szczelnego pudełka i podobno szczelnej lodówki).

A wszystko przez to, że w Brukseli spadło 5 centymetrów śniegu. Nie lubię Belgów.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Popołudnia grudnia

No i zdarzyło się bum-bach z poprzedniej notki.

Kronopio ma zapalenie ucha.

Ja na środę mam bilet do Brukselki.

Do piątku muszę spakować moje lary i piernaty w Biurze, bo siedziba nam się przenosi.

Na jutro mam umówione usg, a Chrabąszcz nie może w tym czasie zająć się Kronopiem, bo w zupełnie innym punkcie miasta podpisuje Bardzo ważną umowę.

Szarada z nieistnienia w dwóch osobach.

* * *

A przecież jestem teraz w dwupaku?!

* * *
Update: usg przesunęłam na przyszły tydzień, a Bardzo Ważna Paczka już została wysłana. Istnieją przesłanki, by sądzić, ze dojdzie przed świętami. Koleżanki w biurze zaczną mnie pakować beze mnie.

wtorek, 7 grudnia 2010

A gdyby tak

Planuję, organizuję.

Rzeczywistość jest tak nieprzewidywalna, nieprzysiadalna, nieprzyswajalna, że muszę zaplanować całą resztę.
Bo i tak będzie Bum! I Bach!
Więc dobrze, żeby chociaż było pranie. I pomysł na obiadokolację.

Wczoraj poszłam na spotkanie. Które odwołano, ale mnie o tym nie powiadomiono. Cóż. Miałam być tylko (podobno) ekspertem. Więcej tam nie pójdę, obiecuję sobie po raz niewiadomo który. I wiem, że nie dotrzymam. Ale cóż. Popołudnie przede mną, więc czemuż by nie? Więc wagary. Ale gdzie można pójść na wagary w dzisiejszych czasach? Na zakupy przedświąteczne? Iii, ciężka harówa a nie wagary. Zimno, do parku nie pójdę. Grzdyla nie odbiorę, bo to nie byłyby wagary. Poszłam do domu.

Po drodze wymyśliłam sobie obiad, żeby odkupić moje winy wobec rodziny, zrobiłam nawet zakupy. Ale po przyjściu do domu siadłam na chwilę, żeby odetchnąć. Zrobiłam sobie kanapkę z salcesonem i ogórkiem konserwowym. Jak upodlenie, to upodlenie, włączyłam telewizor. A tam ‘Rok d’ábla’. No to wsiąkłam, po raz kolejny. Nie zrobiłam obiadu, w ostatniej chwili wyszłam po dziecko. Ale świat ciągle jest piękniejszy.

A wieczorem Chrabąszcz odgrzebał na dysku muzykę z filmu.
Uwielbiam czeskie kino.
Uwielbiam czeski język, jego melodię, już od dawna mnie nie śmieszy, tylko wzrusza.
Uwielbiam filmy Petera Zelenki.
Lubię muzykę Jarka Nohavicy. Uwielbiam jego teksty.



‘Rána jsou smutnější než večer
z rozbitého nosu krev mi teče…’

czwartek, 25 listopada 2010

Przysypiam

Jak bardzo pada śnieg…. Bim bom

Z deszczem.
Pod koniec roku wszyscy czegoś ode mnie chcą (głównie podróży, przecież przełom listopada i grudnia to taki piękny czas na podróżowanie).
Zatem prezenty w .........
Dlaczego pasowanie na przedszkolaka jest imprezą zamkniętą? (dla rodziców)
Kronopio będzie Józefem w jasełkach. Hmmm
I zażyczył sobie w liście do świętego Mikołaja niszczyciela imperium z Lego Star Wars. Fajnie, tylko to jest:
a) za drogie
b) dla trzy razy starszych dzieci.
Mikołaj ma problem. A 6. grudnia za półtora tygodnia.
Fama mnie kopie. Najczęściej wieczorem. Albo podczas nudnych/irytujących spotkań. Protestuje?
O czwartej nad ranem dopadają mnie wyrzuty sumienia, że za dużo pracuję, że zaplanowałam za dużo wyjazdów, że powinnam siedzieć i haftować śpioszki. Nie ma to jak stres, że będę się stresować. Śpioszki zresztą już mam. Część po Kronopiu, część obiecane.
* * *
Rozmowy przedszkolaków:
- Moja mama ma w brzuchu dzidziusia. On jest malutki i pływa w wodzie.
- I pije?
- Tak.
- To może się zakrztusić?

Poza tym, zdaniem Kronopia, im więcej piję wody, tym więcej wody ma dzidziuś, który wyjdzie przez pępek. Trochę żałuję, ze tak się nie da.

środa, 24 listopada 2010

Pamiętnik

Zapomniałam hasła do archiwum na moim starym blogu, na blog.pl. I ogarnęło mnie przerażenie, ale pamiętałam hasło administratora.I sprawdziłam, co chciałam sprawdzić w przeszłości.

I wiecie co? Warto pisać pamiętnik. Jakikolwiek. I chyba powinnam jakoś lepiej zarchiwizować stare notki. Bo net ma to do siebie, że na wiek wieków będą w nim wisiały prywatne maile powieszone na publicznie dostępnych witrynach przez nieodpowiedzialnych ludzi, z którymi nierozważnie kiedyś korespondowaliśmy, ale nie zachowa na swoich serwerach tego, co mu powierzyliśmy w zaufaniu: wspomnień, zdjęć.

Poza tym zamiast pracować i sprzątać od rana gniję w łóżku i czytam nad Niemnem.

I dobrze mi.

Na pohybel komunikacji miejskiej.

Takie mam środkowotygodniowe przemyślenia.

środa, 3 listopada 2010

Pourlopowy stupor

Siedzę i umieram. Malowniczo zwisam z biurka, od czasu do czasu podpisuję jakieś papiery podtykane mi przez pracowników. Wszystko byłoby super, tylko nie wiem, za co się najpierw zabrać, ani nie pamiętam, co mam do zrobienia. Zapuszczoną skrzynkę pocztową (63 maile w 5 dni, w tym trzy świąteczne) już obrobiłam, bo to było najprostsze. Rzeczy do decyzji oznaczyłam sobie kolorowymi flagami („pomyślę o tym jutro”).

Niedobrze mi.

Tęsknię za Barceloną, chociaż dała mi w kość, przydałoby się po niej teraz trochę odpocząć. Barcelona w listopadzie jest piękna, zrudziałe platany i chłodny wiatr znad morza. Ale pięć dni ganiania z wywieszonym językiem i ciężkim brzuchem, to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Odrobinę odpoczynku dostawałam tylko wtedy, kiedy mówiłam, że muszę coś zjeść. Oczywistym chyba jest, że jedliśmy pięć razy dziennie? Najfajniej było, jak dostawaliśmy kartę po katalońsku i losowaliśmy, co wybrać. Oczywiście wybieraliśmy „bary nie dla turystów”, stąd ‘no hablamos inglese’.

Przewodnika nie będzie, zdjęć też nie, bo nie chce mi się.

A może?
 
P.S. "Lala" Dehnela mnie wkurza. Zazdrość?

poniedziałek, 25 października 2010

Robaczywie

W przedszkolu podobno szaleją owsiki, w bloku podobno pojawiły się prusaki. Bardzo mnie to rozbawiło, wszystko takie high class, strzeżone osiedle, potrójne bramy, trzy domofony i ochrona, żeby przypadkiem żul jakis nie przyszedł, pies się nie załatwił, a tu ktoś z sąsiadów sam sobie przyniósł prusaki. No bo nikt mi nie wmówi, że przez otwarte okno wlazły, raczej ktoś od rodziców z prowincji przywiózł (żeby nie było, sama jestem z prowincji). Chwilowo przemysliwuję nad sposobem uchronienia się przed robactwem, zatkanie odpływów niby proste, ale co z wywietrznikami? Na przedszkolne owsiki nie mam sposobu, chyba, ze zacznę dziecko co pół roku odrobaczać profilaktycznie, jak psa, bo z tych badań to nigdy nic nie wynika.

Z tematów przyjemniejszych to musiałam wyprodukować drzewo genealogiczne, bo takie dostaliśmy zadanie domowe z przedszkola. Okazało się, ze nie mamy w domu zdjęć wszystkich pradziadków, a ze względu na skomplikowane układy rodzinne dziecko nie wszystkich dziadków zna. Smutne to, ale prawdziwe. No nic, wyprodukowaliśmy dzieło  z Kronopiem, awantura była straszna, po której moje dziecko wzięło sobie kartkę papieru, naklejkę z clownem z Macdonalda oraz pieczątkę tatusia i zrobiło sobie alternatywną wersję. Po czym wyjaśniłam kto jest kto, odpytałam, z przyswojenia materiału i z rozpędu wyjaśniłam, że dziadek nie żyje, omówiliśmy to i był spokój. Przyszedł Chrabąszcz, zaczął podziwiać dzieło.
- Tato, a twój tata nie zyje. Całkiem na pewno
- ...
- Na pewno jest w niebie z aniołkami.
- No, mam nadzieję...
Podobno dzisaj rano w przedszkolu prezentację dzieła Kronopio zaczął od rewelacji:
- Ten nie zyje, i ten nie zyje...

Nie ma lekko. Life is brutal.

środa, 20 października 2010

Rzygawicznie

Rzygam na zielono. Czy to znaczy, ze jestem opętana przez demona? W "Egzorcyście" ona też rzygała na zielono. A przynajmniej w tej wersji, w której brał udział Leslie Nielsen.

Już cała Europa (dzięki mojej szefowej i Chrabąszczowi) wie, że oczekuję. To oficjalnie oświadczam, że oczekuję.

W związku z powyższym rzygam już trzy miesiące. I sił mi nie starcza na cokolwiek poza.

Poza tym szkolę. Jadę do Barcelony, nie pojechałam do Lizbony i pewnie nie pojadę do Rzymu, Szczecina i Olsztyna. Bo rzygam. Potem się zobaczy.

Już nie wrócę na morze, nigdy więcej, o nie...

niedziela, 5 września 2010

Moja krew!

Babcia wpadłą na świetny pomysł, że zabierze wnuka do sklepu z zabawkami, a on tam SAM sobie wybierze na co ma ochotę.

W sklepie Kronopio wpadł w popłoch. Latał od półki do półki, wyszarpywał co popadnie: "To chcę!" by po chwili odłożyć przedmiot gdziekolwiek i po bezładnej bieganinie łapać coś kolejnego. Szał.

Najpierw złapał R2D2 z okrzykiem: "Chce tego jobota!". biegał i tulił go do piersi. Nieźle, pomyślałam. Ma chłopak gust. Ale po jakichś pięciu sekundach Kronopio odłożył robota. Biegał tak i biegał, głuchy na sugestie i drobne podpowiedzi, by ostatecznie zapragnąć... miecza świetlnego rycerza Jedi. Skończyło się na mieczu. Ojciec przerażony zapytał szeptem: "Ale skąd mu to...?"  Na co dumnie odparłam: "Ma to w genach!".

Będzie rycerzem Jedi, tak jak jego matka.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Chałupy welcome to

Pająki były wszędzie. No, może nie wszędzie wszędzie, ale wszędzie w domku, zwanym, jakże dumnie holenderskim. Były wszelkich rozmiarów i kolorow, w paski, gładkie i w cętki.

Pająki mi nie przeszkadzały, dopóki dwukrotnie tuż po zaśnięciu po ciężkim i długim wieczorze nie wlazły mi skubańce na kark. To może trochę stresować.

Uwielbiam Hel o tej porze roku, z szeroką, białą plażą z jednej strony i ciepłą zatoką z drugiej. Raj dla matki z dzieckiem. Pod warunkiem, że nie pada, bo można się urwać na przestrzeni 20 metrów kwadratowych z dwójką trzylatków.

Uwielbiam łososia a la koń "u Emila". Na ganku u Emila nawet przez kilka sekund udało mi się odnaleźć sens życia. Albo tak mi się wydawało. Kronopio uwielbia lody, których najmniejsza porcja (za dwa złote, pół normalnej) przerasta jego możliwości konsumpcyjne.

Lubię krzaki dzikich róż wzdłuż drogi nad zatoką.

A największą przyjemność sprawiały mi poranne spacery z Kronopiem. Ponieważ mały wstaje dużo wcześniej od innych, żeby nikogo nie budzić, ubieraliśmy się po cichutku i szliśmy na spacer nad morze, albo do lasu, albo na molo. Po dwóch dniach Kronopio po wstaniu sam pytał: "Idziemy na spacer?" Po drodze spotykaliśmy tych samych porannych nieszczęśników: rozczochranego (ale nie tak jak ja) tatusia z córeczką, babcię z wnukiem w wózku, panią z kijkami wzdłuż morza, czarne pomrowy (ślimaki bez skorupek), żuka gnojarza, którego odwróciliśmy i tym samym uratowaliśmy mu życie.

Fajne było to, że nasz camping był w dziczy - bez tego turystycznego badziewia, straganów  z chińszczyzną, tłumów zdesperowanych imperatywem urlopu, a z drugiej strony z niezłym zapleczem: tawerną, sklepikiem (wszystko dwukrotnie droższe, ale oj tam, nie robię tam zakupów na tydzień, tylko bułki i borówki...), placem zabaw oraz molo. I "plażą Franka", na której młody uczył się pływać. I, co pewnie najważniejsze: ze znajomymi z dziećmi w podobnym wieku. Życie jest łatwiejsze, jak dzieci mogą bawić się same ze sobą.

Och, oczywiście, pojechaliśmy też do Helu - koszmar w okolicy fokarium i do Gdyni - Dar Pomorza i drugi koszmar, tym razem w akwarium. Ale nie ma co zrzędzić. Na pewno będę chciała tam wrócić za rok.

wtorek, 27 lipca 2010

Świat według Kronopia - c.d.

Kiedy dni zrobiły się długie i Kronopio szedł spać, zanim zrobiło się całkiem ciemno...
- Czy jest już noc?
- Tak synku, śpij.
- Dzień - noc, one się mieszają, ale dzień - noc - to nie działa jak tseba!

***

Spacer w deszczu.
- My z wujkiem lubimy deszcz.
....
- Mój ulubiony deszczyku nie padaj!
....
- Ja nie lubię deszczu. Czy ty lubisz deszcz?
- Tak, lubię.
- Razem z wujkiem?

***

Zwierzam się.
- Jestem zmęczona byciem sobą.
- To się połóż w swoim łóżeczku.
- A kto zrobi obiad?
- Tata sam.
Po namyśle:
- Ja to zrobię.
- Co? - jestem trochę nieprzytomna.
- Obiadek. Albo kolację.

niedziela, 11 lipca 2010

My little garden


 Mam wrażenie, że wszyscy (oprócz nas) wyjechali na wakacje. NIC się nie dzieje.

To już widać, że od powrotu z Chorwacji  mam bzika na punkcie lawendy?

sobota, 3 lipca 2010

Do końca roku zostało aż 182 dni

- Marmolada, cekolada, psy jedzeniu się nie gada!
- Hmmm...
- Marmolada, cekolada, psy jedzeniu hmmm.

Ogólny wybuch wesołości, kurtyna.

Nie jestem zwolenniczką filozofii przedszkolnej, uważam, że rozmowa przy jedzeniu sprzyja wzmacnianiu więzi. Ale nie mogę podkopywać autorytetu Cioć - w tej i w wielu innych sprawach wolę zachować dyplomatyczne milczenie. 

Otworzyłam z rozmachem lodówkę, wypadł keczup, plastikowe opakowanie pękło z hukiem...
- Ojej! Co się najobiło!
- Nic się nie stało, mamie wypadł keczup, czasem się zdarza. - Chrabąszcz bierze mnie lojalnie w obronę
- Mamie się zdarza!

W pewnych kręgach moje drugie imię to Katastrofa.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Może się powinnam nazwać Wuj Matt z podróży?

To przez to, że oglądaliśmy z Kronopiem dzisiaj Fragglesów. On oglądał, a ja rozpakowywałam, ściślej mówiąc. Z pełną świadomością, że jeszcze dzisiaj będę zapakowywać z powrotem.

Chorwacja piękna, ale cholernie droga. Reklamy nie kłamią, "the Mediterranian as it once was". Adriatyk cudownie błękitny i turkusowy, jak na obrazku. Którego nie będzie, bo nie chciało mi się robić zdjęć. Szkoda tylko, ze to morze jakoś takie mało morskie, żeglowanie jak na Mazurach w lipcu, flauta goni flautę.

Dziecko przeżyło tydzień z babcią, jest nieco tylko porozbijany i pogryziony przez komary. Zaczął wyraźniej mówić, pewnie nikt go nie rozumiał, i dobrze. 

Wczoraj, jak w filmie, zdążyliśmy do lokalu wyborczego za pięć ósma. Dosłownie. Wszystko przez cholerne światła na Puławskiej. Ale zdążyliśmy. Po czym wieczorem otworzyłam puszkę pandory, czyli służbową skrzynkę. Niepotrzebnie. 100 maili na tydzień, w tym zero spamu. A najgorsze jest to, że dowiedziałam się, że w poniedziałek znowu będę musiała jechać do pieprzonej  Brukselki, mimo tego, że jutro jadę.
Tak mnie to zestresowało, że aż nic dziś robić nie mogłam. Świat po powrocie wydał mi się obrzydliwy. W końcu poszliśmy z Kronopiem do fryzjera, i odzyskaliśmy lucki wygląd, a ja jeszcze w bonusie równowagę duchową. Co prawda kolorek nadal jest żółtawy i zdechły, ale przynajmniej włosy krótkie. Udało mi się rozpakować nas wszystkich i wyrwać chwasty z tarasu.

To idę pakować walizkę.

czwartek, 10 czerwca 2010

Upał

No upał.
a my wyjeżdżamy na wakacje, oczywiście wszystko na ostatnią chwilę.
W czoraj byłam znowu w Białymstoku, z tym, ze spóźniłam się na pociąg (a miałam mówić pierwsza). No nic, dojechałam, powidziałam na końcu, wróciłam.
Umęczona straszliwie, a ten brutal każe mi się pakować!!!! Bo dzisiaj wyjeżdżamy. No i co z tego,że dzisiaj, dzisiaj to jest do północy nie??? Mogę wrócić z pracy, spakować się i Kronopia i kota i wyjechać, jak ludzie wieczorkiem. To nie. Zaraz po pracy ma być. Tyran i nazista.
Spakowałam. Siebie na łódkę, dziecko na wakacje do Babci. Wyrodna matka. Wczoraj. I jeszcze miałam seans tortur z depilatorem. I zrobiłam pedicure.
Do pełnego diabli srają, jak mawiają w okolicach Żywca. Poszłam dzisiaj po te pieprzone kartki do głosowania, bo wracać będziemy 20, może zdążymy, a może nie i może moglibyśmy zagłosować gdzieś po drodze.
Wpadłam jak burza o godzinie 8:00 do Ratusza, a tam: "rejestr wyborców i wydawanie kart do głosowania - usługa niedostępna". Matka mnie zabije i wydziedziczy.

Do tego Stefan mi się zalągł, muszę go stanowczo odstawić od piersi. Stefan to klient. Dzwoni cały czas , po 21 też, jak byłam w poniedziałek chora, to też. Doszłam do wniosku, ze stanowię dla niego namiastkę normalnych kontaktów międzyludzkich, bo chyba jest samotny, ale takie kontakty z klientem to nienormalne. Dla własnego dobra psychicznego, zanim wymusi na mnie obietnicę zrobienia czegoś stanowczo wykraczającego poza moje kompetencje, muszę przeciąć relację.
Urlop to dobry moment. Wyłączę komórkę, ustawię autorespondera na mailu.

W biurze pogrom, z pięcioosobowego zespołu zostały nas dwie sztuki, więc przed urlopem muszę mnóstwo rzeczy pozapinać. Ahoj.

sobota, 29 maja 2010

Rzeczy, które przytrafiają się innym

Byłam prawie tydzień w Tel Avivie, przegapiłam pierwszy występ Kronopia z okazji dnia matki (w ogóle pierwszy).


W międzyczasie się przechorowałam, więc mój udział w spotkaniach i ustaleniach był symboliczny (nie mówiąc o życiu towarzyskim i jakimkolwiek zwiedzaniu).

Wczoraj miałam lot łączony, z przesiadką we Wiedniu. Samolot z Tel Avivu się spóźnił, mimo spektakularnego biegu przez  bramki, schody, checki, etc, nie zdążyłam. Polecieli beze mnie.

Na pociechę dostałam pokój w hotelu i bilet na dzisiaj rano. 

Od wczoraj potwornie boli mnie głowa.

Mała Żabka czeka od środy.

Co jeszcze może pójść nie tak?

piątek, 7 maja 2010

Szukam

Chusteczek do nosa, zagubionych kawałków puzzli, łopaty Sześć-Pięć Koparucha (nie mylić z Kronopiem), wędki małej, rybek, majtek, spodni, głowy, misia, pudełka na misia, listu do Kronopia, torebki, reklamówki, nogi, dinożarła, kotka, Baby Jagi, bajek, Lippy and Messy, klocków zielonych, klocków czerwonych, sposobu na katar, mądrego lekarza, autka, miodku, książeczki wojskowej, NIPu, PINu, numeru konta, sensu, ogurciku, wędki dużej, słów, pilota, drugiego pilota, płyty, wejścia na monitor w komputerze, żaby, pomysłów na zabawę, bajki o kolorach i kształtach, drugiego wydania "Pawła i Gawła" (bo bibliofil lubi je czytać jedną po drugiej i porównywać), przepisów, spokoju.

Od tygodnia szukam i znajduję. Niekoniecznie to, czego szukałam.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Bardzo Tanie linie Kolejowe i Spółka

W czwartek pojechałam do Nałęczowa. Nie, bo chciałam, nie odpocząć i nie napić się wody. Pojechałam bo miałam zaproszenie na Naukową Konferencję. Ha.

Sprawdziłam pociągi, za namową mojej już Nie-Kierowniczki stwierdziłam, że skoro prezentację mam w piątek, to lepiej jest pojechać w czwartek, wyspać się (na koszt organizatora), i mieć wykład wypoczęta. Nic bardziej błędnego.
Od kilku tygodniu usiłowałam skontaktować się z zapraszającymi organizatorami, aby uzyskać jakieś dane odnośnie konferencji, nic, grochem o ścianę. W końcu jednak na zaproszeniu było napisane, że goście honorowi nic nie płacą, a przyjazd ze stacji do „miejsca zakwaterowania” mamy zagwarantowany.

Sekretariat zakupił mi bilety, nie wzbudziło mojego podejrzenia hasło Tanie Linie Kolejowe, no jejku, jeździłam pociągiem Światowid, mnie nic już mnie w życiu nie wzruszy, myślałam.
Pociąg przyjechał na Dworzec Centralny i zonk. Cztery wagony, ludzi jednak trochę…. Ulokowałam się w ciasnym, przedziale (jejku, one są naprawdę ciaśniejsze od normalnych, ja nie wiem, jak oni to robią!). Na Wschodniej przyszedł Pan „Komu piwo – piwo?”, następnie przylazł brudny żul z czarnym wózkiem takim jak z supermarketu, w środku lepiące się od brudu termosy i: „Komu kawę- herbatę?”. Poczułam się jak w trzecim świecie. I tak już było do końca podróży. Patrzyłam przez okno z zazdrością na bezprzedziałowe pociągi Przewozów Regionalnych…

Wysiadłam pięknym, acz lodowato zimnym wieczorem na stacji Nałęczów i… nic. Nikt po mnie nie przyjechał. Nie było sensu czekać, w sumie się tego spodziewałam, wsiadłam do taksówki, poprosiłam o zawiezienie do Pałacu Małachowskich (tam bowiem miały się odbywać obrady) w Parku Zdrojowym. „Ale gdzie?” zapytał taksówkarz? Pawilon angielski? Termy?” „Pałac Małachowskich” – odmruknęłam – „po prostu.”

Pałac Małachowskich okazał się być kawiarnią.
I muzeum, nieczynnym o tej porze. Żadnych plakatów, ogłoszeń o mojej konferencji, nic. Potuptałam dalej, obok Prusa siedzącego ponuro na ławce do budynku wyglądającego na sanatorium. Faktycznie sanatorium. Środowisk rolniczych. Poszłam na dół nad wodę. Atrium, Jakieś inne sanatorium, cholera, nigdzie żadnych ogłoszeń. Ludzie patrzą na mnie dziwnie, czemu się tak miotam po parku z walizeczką, sama jestem zdziwiona. Prawie wlazłam na łabędzia, siedzącego nad wodą. A!A!A! Panicznie boję się łabędzi. Zmierzch się robił coraz gęstszy.

Wróciłam do źródeł, tj do Pałacu. Weszłam do kawiarni i beznadziejnie zapytałam o konferencję. Tak jest, ale recepcję to mają w Termach, na drugim końcu parku. Ale nikogo tam nie ma, bo teraz wszyscy pojechali do Kazimierza na kolację. Ale mogę zapytać w Pawilonie tuż obok, może ktoś będzie.

Poszłam do Pawilonu. Nikogo nie ma, wszyscy są w Kazimierzu. Telefony komórkowe organizatorów nie odpowiadają. Do jednego udało się dodzwonić. On nic nie wie, nie zajmował się tym, jest w Lublinie. Poprosiłam panienkę, żeby zadzwoniła do Term, skoro mają łączność i zapytała, czy nie mają rezerwacji na moje nazwisko. Hurra!


Doszłam (razem z walizką) do Term, dostałam pokój, zjadłam przyzwoitą kolację za niewygórowaną cenę, pożyczyłam kabel do Internetu, napisałam mail do Nielota w sprawie koralików. Humor mi się nieco poprawił, ale niewiele obiecywałam sobie po dniu jutrzejszym….

czwartek, 22 kwietnia 2010

Świat według Kronopia - cz.I

Idziemy przez garaż z zakupami:

- Jaki to uczucie być takim Kronopiem - zastanawiam się - fajne?
- Ja bym się zamienił - stwierdza Chrabąszcz - bardzo fajne
- Ciekawe jak on widzi świat... - myślę na głos
- Ulice widze - komunikuje Kronopio -  I auto jedzie... - rozmarza się

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Strzępy dialogów

Migrena. Leżę bez ducha i słucham.

- Miau
- Co, Urwis?
- Miau
- Chces obiad?
- Miau
- Mama ci da.
- Miau?
- Bo ja jesce nie robię.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

piątek, 9 kwietnia 2010

Wiosenne roztargnienie

Jakaś taka chodzę nieprzytomna. Wczoraj zgubiłam się na Polach Mokotowskich i dodałam sobie niezły kilometr, co jest wyjątkową sztuką, ponieważ trasę mam następującą: prosto, prosto, prosto. Pod warunkiem , że się skręci we właściwą alejkę. No cóż.
Potem o 10 wieczorem przypomniałam sobie, ze dzisiaj upływa termin wypełniania on-line formularzy do przedszkola. Państwowego, oczywiście. Wiec w szalonym pośpiechu wypełniłam, oczywiście do końca nie jestem pewna, czy wybrałam właściwie przedszkola i czy należycie zmaksymalizowałam szanse Kronopia na dostanie się. Co na przykład powinno się napisać w rubryczce „dodatkowe informacje o dziecku”? Miałam ochotę napisać: „Krzyś jest miły”. Albo czy pisać o tym, że ma epi? Czy dyrektorka przedszkola nie będzie uprzedzona? (nie czarujmy się, system, systemem, ale w przypadku dzieci bez punktów za niepełnosprawność rodziców, samotne rodzicielstwo i starsze rodzeństwo w przedszkolu, to ona ma decydujący głos). Bo niby z tą epi to wszystko OK, ale z drugiej strony… Takie dziecko może budzić podejrzenia, ze coś z nim jest nie tak, pewnie jest trudne, upośledzone i nagminnie miewa napady.
Do tego można wybrać 10 przedszkoli. Ale czy to nie spowoduje podejrzenia, że w gruncie rzeczy jest nam wszystko jedno, gdzie dziecko się dostanie, i nie spowoduje to odrzucenia w tzw. „przedszkolu pierwszego wyboru”? Ale jak wybierzemy mniej, to jeżeli w żadnym z przedszkoli na naszej liście się nie zakwalifikuje, to nie zakwalifikuje się wcale.
Trudne wybory, a ja wszystko na ostatnią chwilę.

Po czym cały wieczór martwiłam się, że nie kupiłam sobie szamponu, dopiero rano przypomniałam sobie, że jasne, że zakupiłam, jak byłam w sklepie podczas przerwy na lunch i on cały czas leży spokojnie w mojej torebce, i to jest to, co mi tak strasznie ciąży w tej torebce…

A dzisiaj rano tak się zamyśliłam, że wysiadłam o jeden przystanek za wcześnie w metrze. I zorientowałam się, ze coś jest nie tak, dopiero po przejściu bramek, jak nie znalazłam cukierni, w której zamierzałam kupić croissanta. Ale nadal myślałam, że jestem na właściwej stacji, tylko, ze może poszłam nie do tego wyjścia co trzeba. Dopiero wskazówka na Plac Zbawiciela uświadomiła mi, że Plac Zbawiciela to nie tutaj.

I jak ja w tej sytuacji mam podołać poważniejszym obowiązkom?

poniedziałek, 29 marca 2010

"Boze mój, Boze, cegoś mnie udusił"

Wygrzebałam wszystkie spinacze z pojemniczka. Zaraz chyba zacznę układać kolorami. Poszłabym zapalić, gdyby nie było mi tak zimno. Znowu się wyletniłam, a to przecież marzec jeszcze jest. No i nie palę. Przecież.
Wczoraj sobie uświadomiłam, że widocznie nie mam prawdziwych problemów – skoro denerwuję się pracą.

Kierowniczka chce mnie zaproponować jako swoją następczynię. I nie tyle boję się tych obowiązków – to głównie administracja – ile odpowiedzialności, faktu, że znajdę się na „widocznym miejscu”.
Powinnam? Nie powinnam? A może niepotrzebnie o tym myślę, bo sprawa przyschnie i wszystko będzie po staremu?

Cholerne poniedziałki!! Po grzyba oni przestawiają czas? Już przyzwyczaiłam się do tego, ze jak wstaję to jest dzień i dzisiejsza „świtówka” niemile mnie zaskoczyła.

Wczoraj nie dałam dziecku kolacji. Nie za karę, najzwyczajniej zapomniałam. Mam żerte dziecko nad wyraz, więc problemem jest raczej ograniczanie jedzenia. No i po obiedzie skoro się nie upominał to nie dałam podwieczorku, potem robiliśmy sok, potem bajka, po soku nie chciałam już mu dawać kakao i jakoś tak, kiedy go położyłam spać to przypomniało mi się, że on od obiadu nic nie jadł. Wstyd. No, ale nie upominał się, może ten obiad mu wystarczył? Może nareszcie zacznie mniej żreć??? Może wreszcie spadnie mu ten brzuch, co wygląda na 5 – 6 miesiąc??? (ciąży oczywiście). Tak zagłuszam wyrzuty sumienia.
Wyrodna matka.

niedziela, 28 marca 2010

Chwile

- Moge popatsyć wiewiórke?
- Możesz.
- A moge widzieć???

Zerwana o świcie koło siódmej ubieram Małego, bo miał mały wypadek:
- Może kapcie?
Patrzy mi w oczy badawczo i pyta:
- A moze kawa i kawa?

sobota, 27 marca 2010

Frustracje

Kupiłam sobie różową bluzę od dresu z kapturem. Mocno różową. Czyli że ja już jestem w tym wieku? Wieku, w którym ubiera się stanowczo za krótkie spódnice, nakłada grubą warstwę tapety na twarz, co tam tapety, tynku ze stiukami,  i nosi różowe dresy???
Jako dziecko zawsze śmiałam się z takich bab. O losie, o losie.

Na domiar złego wyglądam jak ludzik z lego duplo.

Wczoraj i przedwczoraj było pięknie, przyszła sobota to wieje, leje i nie można wyjść na spacer. Za to posprzątałam w szafie z kurtkami, butami i czapkami, przeprowadziłam remanent Kronopiowego przyodziewku i uzupełniliśmy ten przyodziewek w rzeczy najniezbędniejsze - sztormiak i dres.

Wczoraj było zebranie w przedszkolu, pierwsza w życiu wywiadówka. Mamy nie przyprowadzać dzieci z katarem. Dla mnie oznacza to, że mogę w ogóle dziecka nie przyprowadzać, bo Kronopio ma katar ZAWSZE. Nic, żadnych gorączek, bezobjawowych zapaleń płuc, krtani i śledziony. Tylko katar. We wszystkich kolorach tęczy. Leki przeciwalergiczne pomagają na trzy dni, potem jest tak samo. Nie chcę Kronopiowi stale ich podawać, z różnych względów. Zaświadczenie od lekarza nic nie pomoże, nie wytatuuję go dziecku na czole, aby uspokoić znerwicowane mamuśki. A może?

środa, 24 marca 2010

Od... poczywam

Wiosna. No to zamiast odgrzebywac taras (może jeszcze odgrzebiemy, dzień długi), poszliśmy z Kronopiem na wagary do parku na pierwszy wiosenny spacer.
Szukaliśmy wiosny i znaleźliśmy. Poszliśmy na nasz ulubiony plac zabaw. Kawał drogi, w sumie z zakupami zeszło nam ze trzy godziny.
I teraz umarłam. A ten cholernik ma nadal mnóstwo sił. Chyba go wygnam na ten taras.

wtorek, 23 marca 2010

Wiem coś o tym, przyleci samolotem

Po upałach we Wrocławiu (w sobotę byliśmy na grillu!!!! pominąwszy fakt, ze nie lubię grilla (idiotyczny sposób rozrywki – wędzenie się w śmierdzącym dymie i jedzenie twardego i niedopieczonego mięsa), to siedzenie na tarasie, z winkiem, po tylu miesiącach zimy jest doznaniem metafizycznym. dla mnie), więc po upałach we Wro, wczoraj się niesamowicie wyletniłam. Wiosenna kurteczka, buciki, czad. Oczywiście, zimno było jak cholera, dął zimny wiatr, a lokalesi poubierani w zimowe płaszcze i czapy patrzyli na mnie jak na raroga.
Dzisiaj zatem pokornie wróciłam do zimowego płaszcza, ale aura wygląda na całkiem całkiem. Znowu kulą w płot.

Mam ochotę wymienić całą garderobę. Wywalić stare i kupić nowe. Szkoda, ze to takie niepoprawne politycznie, nieekologiczne, nieoszczędne, krótkowzroczne, drogie i nieakceptowalne dla Chrabąszcza. Po prostu dokładnie takie, jak ja. No i wymagałoby ciężkiej fizycznej pracy – powyciągania starych szmat z szafy i chodzenia na zakupy, co nudzi mnie po jakimś czasie cholernie. Tzn, chodzenie z kimś. Ja wchodzę do sklepu, oglądam, przymierzam, kupuję lub nie. Ludzie oglądają. I oglądają. I pod światło. I na brzegach. W końcu przymierzają. Oglądają siebie. I oglądają. Potem zdejmują. I oglądają. I oglądają. I pytają: „Proszę Pani, a czy to trwałe? A czy dobrze się prasuje?”. Jakby, kurna ekspedientka miała to wiedzieć. Gdyby wiedziała takie rzeczy, to nie byłaby ekspedientką. Proste.
No więc. Mam ochotę wymienić garderobę, ale oczywiście wszyscy wiedzą, że jest to problem zastępczy. W pracy wywraca mi się wszystko do góry nogami samo, i wcale mi się to nie podoba, bo oczywiście cała czarna robota spadnie na mnie, jeżeli moja kierowniczka odejdzie, a tak straszy. Ech. Może czas poszukać sobie czegoś nowego?

poniedziałek, 15 marca 2010

No, no, no! Dość już tego śniegu - Kronopio

Obserwuję w Kronopiu jego małą wewnętrzną dziewczynkę. Póki był malutki dziewczynka wybierała różowe maskotki i ubranka, nieco później koniecznie chciała mieć wózek dla lalek. Obecnie testosteron wpycha tę małą dziewczynkę w najgłębsze podkłady nieświadomości, każąc Kronopiowi bawić się w wyścigi, oglądać „Rajdka” zamiast „Świata małej księżniczki”, szukać zwady, kłótni i zaczepki. Mała dziewczynka dochodzi tylko niekiedy do głosu decydując o ubraniu brązowo – różowej bluzki z napisem „I love chocolate”, naciągając babcię na kupno różowego kucyka z lokami ( babcia twierdzi, ze nie kupiła, tylko „miała ot, tak sobie, a Kronopio znalazł”, mhm, myślę, jasne, Babcia trzyma w domu „ot tak sobie” różowe kucyki i bawi się nimi po nocach). Dziewczynka jeszcze niekiedy każe Kronopiowi bawić się w gotowanie i nosić „tołebkę” (nigdy nie oglądaliśmy Teletubisiów!) – czyli mały portfelik. Ale coraz rzadziej, waleczny Kronopio i jego „potfoji” oraz „dinożarły” dominują.

Myślę, że każdy facet ma w sobie taką małą dziewczynkę, ale sam przed sobą nie przyznaje się do jej obecności. Tak jak każda dziewczynka ma w sobie chłopca ( jedną z najukochańszych zabawek był żółty samochód terenowy).

czwartek, 11 marca 2010

Róża

Będzie obrzydliwe słodko i sentymentalnie, ale chciałabym to utrwalić.

Wczoraj  był dzień mężczyzny. Podobno. Ponieważ Chrabąszcz zawsze zrzędzi, że on musi pamiętac o dniu kobiet, a ja nigdy nie pamiętam o jakimś tam dniu chłopaka (??) to jak wyczytałam o tym dniu mężczyzny w necie, to zaraz poleciałam coś kupić.
Poleciałam to za duże slowo. Poszliśmy z Kronopiem. Ponieważ z nim nie chciałam kupować słodyczy, bo byłoby mu przykro, więc weszliśmy do kwiaciarni. Od progu Kronopio zakomunikował Pani:
- Szukam prezentu dla tatusia. Musimy kupić coś tatusiowi.
W tym momencie zadzwonił mój telefon. Służbowy. Ponieważ to była środa, to będąc w sklepie byłam w pracy. Zostawiłam Panią na pastwę Kronopia, jednym uchem kontrolując, to o czym rozmawiają. Rozejrzeli się po sklepie, ale Kronopia zafascynował płatek róży, który Pani trzymałą w ręku. Pokazała mu go, zachwycił się więc dała mu całą główkę róży mówiąc:
- Masz, proszę.
- To dla mojej mamy - odpowiedział poważnie Kronopio biorąc kwiatka, a ja padłam.

W ten oto sposób dostałam pierwsze w życiu kwiaty od syna samodzielnie zdobyte (wysępione).

poniedziałek, 1 marca 2010

Brak historyjki

Miała być historyjka o tym, jak zabawnie i trudno jest wyrobić nową, spersonalizowaną kartę miejską. Miała, ale nie będzie. Bo kartę miejską wyrobiłam w dwa tygodnie i to tylko dlatego, że wybrałam zły punkt obsługi, do którego drogę ma dłuższą o jakieś 20 minut pewnie, więc nie chciało mi się jej iść odebrać.

Bo to wcale nie wina ztm, że w zeszłym roku mi się nie chciało, a potem przez ponad miesiąc Chrabąszcz robił mi zdjęcie. Jak w końcu zrobił, to wyglądam na nim jak pijany gnom. Jedyna refleksja jaka mi się nasuwa to taka, ze fotografować to jednak trzeba umieć. Bo każdy z nas potrafi robić zdjęcia „artystyczne”, sztuką jest zrobić profesjonalne, rzemieślnicze zdjęcie, na którym człowiek jest podobny do siebie. Bo ja przecież nie jestem pijanym gnomem, prawda?

A ideę karty miejskiej, na której są zakodowane moje dane uważam za zamach na moją wolność osobistą. Ale co tam, niech sobie śledzą, że codziennie (oprócz śród) Melissa P. wsiada w metro na dworcu gdańskim a wysiada w centrum. Obrona wolności pt. bilety jednorazowego użytku za dużo kosztuje. I tak to powolutku, krok za kroczkiem sprzedajemy się Systemowi.

piątek, 26 lutego 2010

Ruchliwość przedmiotów nieożywionych

Moje biurko w pracy żyje własnym życiem.

Kilka dni temu szlag trafił nożyczki. Wczoraj za to znalazłam na nim ozdobną szklankę z uszkiem, niekiedy w takich podawana jest latte.
Dodam, że moje biurko nie stoi na środku traktu, rzadko kto tu zagląda jak nas nie ma, koledzy wyparli się znajomości szklanki, rewizja nie wykazał obecności nożyczek na ich biurkach.
Złodziej ukradł mi nożyczki, tajemniczy wielbiciel podrzucił prezent – szklankę?
Szklanka mi się podoba, mam zamiar sobie ją przywłaszczyć, nożyczki wezmę nowe z sekretariatu. Koniec sprawy.

niedziela, 21 lutego 2010

jestem butelką, nie mam korka, woda się wlewa do mego środka

Tak sobie oglądam Seana Connery w reklamie i myślę, że się postarzał. I schudł. A potem uświadamiam sobie, że zgolił brodę.

Znowu niedziela. I jutro poniedziałek. Życie jest jednak strasznie przewidywalne.

Kot, jeżeli go ciągle budzić to w końcu zdechnie. Od trzech lat jestem niewyspana.

Kobieto, nie bluźnij!

niedziela, 14 lutego 2010

Wśród śnieżystej zamieci*

A śnieg pada, pada, pada....
I pada.
I pada.
Przez tydzień chorowaliśMY. Tzn, chorował Kronopio - na katar i Chrabąszcz na jakąś bliżej niezidentyfikowaną infekcję. Ja dostałam zwolnienie na Kronopia i nawet nie musiałam pokazywać nikomu mojego czerwonego jak ogień gardła ("szósty grosz dla Jadzi, niech se Jadzia wsadzi, ona ma siłę i nieleczoną... anginę"**). A katar to mam gigantyczny, ale dopiero od wczoraj. Zaliczyliśmy zatem tydzień  komplecie w domu. Cud, że nie oszalałam. Codziennie rano, po wstaniu, powtarzałam zlewowi i kuchennym szafkom przez zaciśnięte zęby: "tylko nikogo dzisiaj nie zamordować, nikogo nie udusić". Udało się, wszyscy żyją, nawet koty, nawet Różia, która nie je, a żre, zostawia wszędzie tony kłaków.Migrenę miałam tylko raz, ale całodzienną. Porządną, taką, ze wstać nie mogłam.
Niewyspana jestem, jak zawsze. Bałagan mam, jak zawsze. Cały kontyngent ukraińskich sprzątaczek nie podołałby mojemu talentowi.
A śnieg pada nadal.
Wczoraj, ozdrowieńcy, byliśmy na wystawie kotów rasowych. Właściciele kotów to jednak dziwni są. Wcale nie chcą tych kotów pokazywać. Ja to rozumiem, ale skoro nie chcą ich pokazywać, to po cholerę je ciągną na wystawę kotów? Otwartą na tłumy ludzi, małe dzieci i inne koty? Dziwni ludzie. Ja tam na przykład, jeżeli troszczę się o delikatną psyche Urwisa, to nigdzie go nie ciągam. Tylko z wizytą do trzech jaminków na przykład. Ale to zupełnie inna bajka.
Śnieg pada bez zmian.
Olimpiada się zaczęła. Tam dla odmiany śniegu nie ma. Bardzoo cieszę się tego, że w innej strefie czasowej się odbywa. Dzięki temu mogę oglądać. Otwarcie oglądałam razem z Kronopiem. Podziwiał: "ludziki mają śfiafełka"W pewnym momencie powiedział coś takiego:
- A my tam kiedys tez będziemy...
Zdumiało mnie to. Owszem, tak jak mnóstwo ludzi jak oglądam takie wielkie wydarzenia zupełnie idiotycznie się wzruszam i chcę przez przez chwilę być w takim miejscu, przeżywać to uniesienie z innymi. Zaraz mi przechodzi, ale oj tam. Przez chwilę chcę. Ale że malutki Kronopio też już tak odczuwa???
Chyba pada nadal. Śnieg. Bo w Vancouver padał deszcz ze śniegiem godzinę temu.
Dziś Walniętynki. Z tej okazji mąż zaprosił mnie na obiad. Śnieg zasypał bramę wyjazdową z garażu i nie chciała się otworzyć. Prawie nie wyjechaliśmy. Prawie robi wielką coś tam, prawda? W jednym miejscu zlikwidowali nam restaurację. W drugim nie było golonki, steków, zupy i czegoś tam jeszcze. Ludzi niewiele, ale parkingi zapchane i zasypane. Wyjeżdżający kierowcy którzy są urządzają sobie zawody w idealnym odśnieżaniu lusterek i szyb. W międzyczasie zaparowuje im szyby w środku. Potem lusterka znowu są zasypane... Sport narodowy jakiś chyba.
Pada właśnie.
 Jutro już wracamy do pracy, przedszkola i kieratu. Oczywiście, stres mnie lekko podgryza. Ponadto nieco martwię się jak ja jutro dojadę na ten drugi koniec miasta? Może odpuścić sobie wstawanie przed świtem, pojechać jak człowiek, a potem wszystko zwalić na zasypane ulice i korki? Bo przecież na pewno będą.
Chyba pada. Śnieg.
Pada.

*A. Mickiewicz, "Trzech Budrysów"
**K. Staszewski, "12 groszy", tytułu płyty nie pamiętam

niedziela, 7 lutego 2010

Witaj przdszkole

Witajcie całkiem nowe gluty, smarki, wirusy i bakterie.Witaj nowa infekcjo, tego dawno już nie było. Tydzień chodzi, a tydzień....
W każdym razie przedszkolne wirusy jak zawsze najbardziej szkodzą najsłabszej jednostce - Chrabąszczowi. Ale Kronopio też nieźle zaflegmiony jest. Tak, ze chyba jutro nie puszczę go do przedszkola (a siebie do pracy).
Nietypowe to dla mnie, ale chcę zrobić dobre wrażenie w przedszkolu - nie przyprowadzam chorego dziecka.
Już teraz zastanawiam sie, co będziemy robić jutro. Niby możemy iść na spacer, ale po pierwsze, o ile na pewno nie zaszkodzi to katarkowi, o tyle może zaszkodzić kaszelkowi. Ukochana ciastolina jest twarda jak kamień i woda już nie pomaga, kolorowanki - no zajmą go na 15 minut, poczytamy jakąś godzinę, ciasto piekliśmy wczoraj, mamy jeszcze puzzle, kilka rodzajów klocków i milion zabawek. .A chore (czy też przeziębione) dzieci są marudne.
Jakieś pomysły?

czwartek, 4 lutego 2010

Poczułam wiosnę w starych kościach

Może to sprawiło słońce, a może to, że dzisiaj jestem po raz pierwszy od tygodnia normalnie w pracy… Może czapka krasnoludka, którą Kronopio wczoraj przyniósł z przedszkola (dzieło własnoręczne)… a może wymiana maili z najdroższą przyjaciółką…
W każdym razie wreszcie przeszedł mi wkurw nieziemski, który dusił mi gardło od kilku dni. Czułam się tak, jakbym zamiast skóry miała sweter z owczej wełny. Wszystko mnie wkurwiało, chodziłam i warczałam.
Dzisiaj ubrałam gryzący sweter – bardziej pogryziona być już nie mogę – i przeszło. Na szyi mam przecudnej urody koraliki zrobione specjalnie dla mnie przez Dodo, świeci słońce, a ja nareszcie mam dobry humor (mimo porannej zjebki od szefowej).
Tatiana przyjdzie w poniedziałek i posprząta, przed nami weekend, wszystko będzie przepięknie, wszystko będzie normalnie… dzisiaj dwa odcinki House’a pokaże telewizornia.
W autobusie Pan o wyglądzie Michnikowskiego trzymał dziarsko broszurę opatrzoną wielkim tytułem: „Pomidory dojrzałe”. Serio, serio! W lutym.
A w ogóle to jest luty, jeszcze miesiąc i będzie marzec, a marzec jak wiadomo to już wiosna. Nie cierpię zimy. I nie chodzi, ze takiej jak teraz, bo taką z mrozem i śniegiem, to nawet wolę. Po prostu nie cierpię pory roku, podczas której jest wiecznie ciemno, zimno i za późno. Niezależnie od tego, czy stopni jest 5, czy -25, ja i tak marznę tak samo. Marznę od listopada do kwietnia. W kółko nosi się te same ciuchy, a ja cholera, ciuchy mam porządne, opatrzył mi się już po stokroć wełniany płaszcz i sznurowane kozaki. Czapki se mogę zmieniać. Kurna ich mać.
Ale dzisiaj jest luty, wiosna za pasem. Założę czerwony żakiet i lniane dzwony, będę jak flaga odwrotna. „Kiedyś będzie czerwiec i znowu będziemy chodzić po Rynku w niebieskich sukienkach.”

poniedziałek, 1 lutego 2010

Urwis i Róża

Od zeszłego tygodnia mamy na stanie drugiego kota, Rózię. Jest to kot tymczasowo oddany na przechowanie: "mamo, nie ksić na Rózie babci!".
Od zeszłego tygodnia nie sypiam, albowiem koty, hmm, przypadły sobie do gustu. Wstają nad ranem i rzucają po kuchni flamastrami Kronopia. Albo dzwonią dzwonkami. Albo szarpią zatyczkę w wannie.Albo ścigają się z okropnym łomotem. Czy ktoś kiedyś widział takie tupiące koty?? Tupią jak stado słoni, doprawdy.
Do tego rywalizują o to, kto ma prawo spać z nami. Rywalizują dość walecznie (Chrabąszcz niemal stracił oko), po czym jeden się obraza, a zwycięzca leży kamieniem na kołdrze.
Hmm, poza tym co. Kronopio od dzisiaj chodzi do przedszkola, a mnie ściska za gardło, że taki duży, grzeczny i w ogóle. Żeby się pocieszyć po odprowadzeniu go dzisiaj rano poszłam na zakupy i zakupiłam różne pachnące rzeczy. Między innymi taką buteleczkę z olejkiem o zapachu jaśminu, do której się wtyka patyczki i pachnie. Po półgodzinie zaczęło mnie ćmić w głowie. Hmm, myślę sobie, paranoja. Za następne pół godziny poczułam się dziwnie osłabiona, a jak zaczęłam się dusić to starannie zatkałam flakonik i całość wywaliłam, a mieszkanie starannie wywietrzyłam. Zostanę przy pachnących świeczkach sprawdzonej firmy oraz saszetkach do szafy. Nie wiem, co mnie naszło, nie od dziś wiem, że olejki eteryczne mi szkodzą.
Rózia teraz śpi w najlepsze na świeżo wyprasowanym prześcieradełku Kronopia. Jak uważacie, czy powinnam jej dać delikatnie do zrozumienia, że nie tędy droga? A z drugiej strony, nie dość, że straciła dom i rodzinę, znalazła się w dziwnym miejscu z obcymi ludźmi i szalonym kotem, to jeszcze wyspać jej się nie dadzą?

piątek, 29 stycznia 2010

Bonjour tristesse

Potrzeba mi jakiejś przyjemności. Większej niż dwa odcinki House’a sprzed trzech sezonów, niż trzy pasjanse na monitorze pod rząd. Większej, niż czytanie, które obecnie usypia mnie błyskawicznie, szybciej niż przygody Michaela Palina w Himalajach.
Czegoś dużego, spektakularnego. Przyjemnością nie jest dobrze wykonana praca, urlop na pierwsze dni w przedszkolu, zimowy spacer z dzieckiem, które w kombinezonie waży ponad 20 kilo.
Sama nie wiem czego chcę. Butów? Szalika w nowym kolorze? Kremu przeciwzmarszczkowego? Obiadu w knajpie? Wyjazdu w ciepłe kraje? SPA? Wiosny?
Ach, jestem pusta, pusta. Powinnam pragnąć pokoju na świecie, szczęścia małych kociąt i być jak Angelina Jolie. A tymczasem nie jadę do Kijowa, bo po prostu nie chce mi się i nie mam siły. Dziwne, nie? Każdy na moim miejscu poleciałby do tego Kijowa ze śpiewem na ustach i okrzykami radości.
Wiem czego chcę oprócz przyjemności. Snu. I świętego spokoju. Ale to mi się nie przydarzy w najbliższej dekadzie.

środa, 20 stycznia 2010

Ciężki poranek

Koło piątej zbudziło mnie coś. Nie bardzo wiem co, ale coś. Potem Chrabąszcz kaszlał. I kaszlał. Potem Kronopio jęknął przez sen. Chwilę czekałam ze wstrzymanym oddechem, ale nie powtórzyło się. Urwis znalazł jakąś drewnianą kulkę do toczenia po podłodze (skąd u nas drewniane kulki?). Zerwałam się, że znaleźć, zabrać i schować, ale nie znalazłam. Potem przypomniało mi się szkolenie, które przygotowuję. I ćwiczenie numer trzy, które wymyśliłam, a które chyba nie bardzo ma sens. Potem Chrabąszcz znowu zakaszlał. I się rozkaszlal. Kiedy się uspokoił pomyślalam, że jak znowu zacznie to przyniosę mu syrop. Znowu zakaszlał. Słowo się rzekło, powędrowałąm do kuchni, przyniosłam syrop i zapodałam Chrabąszczowi.Potem zacisnęłam powieki, chyba nawet przysnęłam na chwilę, ale Urwis znalazł znowu kulkę... ja jej znowu nie znalazłam.
O siódmej Kronopio zawaolał mnie rozpaczliwie. Okazało się, że znowu nie zdążył i jest cały mokry. Rozebrałam, przyniiosłam do naszego łóżka, ubrałam mimo protestów, włączyłam bajkę. "Mamo kakało!". Zrobiłam kakao, zganiłam za formę. "Juś wypiłem" - zakomunikował mi po 5 minutach - "juś się uspokiłem" - za chwilę.
Wstaliśmy, zrobiłam sobie kawę, Chrabąszczowi herbatę i kanapki, śniadanko dla Kronopia. Nastawiłam rosół, puściłam pralkę, otworzyłam plik w komputerze. Była 7.35.

czwartek, 14 stycznia 2010

Wieczne zmartwienie

- Martwim się..
- Czemu, synku?
- Bo mam tyle kłopotu…

No tak. Ja nie mam tylu kłopotów, ale też się martwim. Na przykład tym, że drugie śniadanie przyniesie mi jeden uczynny kolega, obiad – drugi czynny kolega, ale do autobusu będę już musiała dojść sama. A na noc tu przecież nie zostanę!

Za oknem zimowa bajka. Szkoda, ze nie może pozostać za oknem.

Byliśmy wczoraj na Parnassusie. Nie do końca w nim wszystko zrozumiałam, ale to dobrze. Jest o czym myśleć, dyskutować. I będę chciała obejrzeć go znowu.

piątek, 8 stycznia 2010

Kupa

Nie chce mi się. Dzisiaj. Bo ogólnie to aż nadto mi się chce. Może to przez moją szefową, która ma muchy w nosie i znowu nie wiem dlaczego. Więc ponieważ ja w takiej atmosferze nie umiem pracować to nie pracuję.
Do tego wszystko mi się w kłębek zwija w środku na myśl o tym, co wymyśliłam. Zaczęłam akcję pt. "przenosimy Kronopia do przedszkola". Właściwie zaczął Chrabąszcz, ale ja podjęłam, umówiłam, zadzwoniłam i w poniedziałek jadę podpisać umowę. A co, jeżeli on to źle zniesie??? Co na to psychologia rozwojowa dziecka???
Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem.
Kupamięci:
"Tato, to MOJE histerie!" - Kronopio, kiedy Chrabąszcz próbował uspokić jego marudzenia.
"Śfiafło" - światło wg Kronopia, ciągle powtarzane: "Trzeba zasiecić śfiafło", "ja gasim śfiafło". Itd. Wobec czego nazywamy go "Śfiafło"
Tekst z książeczki o Panu Tralalińskim śpiewany na melodię w Dzień Bożego Narodzenia: "Wyśpiewują, tarlalują..."
Na widok choinki na Palcu Zamkowym: "To MOJA choinka". Po czym odtańczyliśmy na jej cześć kółko graniaste.